Lato dobiega końca, a już na jego początku zostały złożone podania do Akademii w Concordzie, w stanie New Hampshire. Tydzień przed rozpoczęciem roku wszyscy przyjęci uczniowie przybyli do Clayton Arts Academy. Każdy ciągnął za sobą walizkę, ponieważ jest to szkoła z internatem.
Budynek uczelni był okazały, starannie pokryty kremową farbą, z ogromnymi dębowymi drzwiami i szerokimi oknami, przykryty masywnym dachem. Wokół zadbane drzewa, krzewy i chodniki. Po prawej stronie zaś dwupoziomowy internat z ponad 150 pokojami trzyosobowymi. Parter należy do chłopaków, a wyżej zamieszkują dziewczyny.
- Dzień dobry. Moje nazwisko Ruby Rifat. - Do biurka recepcjonistki podeszła szczupła dziewczyna w czarnych szortach, jasnopomarańczowej bluzce z rękawami typu 'nietoperz' i zielonych pomazanych markerem trampkach. Jej rude loki, z którymi kontrastowała biała przepaska, opadały swobodnie na ramiona. Jasna cera uwydatniała jej słodkie, delikatnie piegi i szare oczy.
- Witam. Poproszę o kwit ze szkoły.
- Proszę.
- Hm.. Pierwszy rok?
- Tak.
- Dobrze, oddaję kwit. Teraz zapukaj i wejdź do tamtej sali, numer 12b.
- Aha, ale o co mam poprosić?
- Tam ci pani wszystko wytłumaczy.
- Dziękuję.
- [puk;puk] Proszę!
- Dzień dobry. Moje nazwisko Ruby Rifat. Jestem na pierwszym roku..
- Aha! No witam, witam! Kartę ucznia musisz sobie założyć. Usiądź.
- Mam wypełnić jakiś formularz?
- Nie. Powtórz nazwisko, imię i wydział.
- Rifat.. Ruby.. Fotografia..
- [wpisuje do komputera] Proszę, oto twoja karta. Nie masz prawa tego zgubić! Zawsze miej przy sobie.
- Dobrze.
- A tutaj proszę twój klucz do pokoju. Mieszkasz na korytarzu C w pokoju nr 43 z.. Sonya Flamelus oraz Lulu Boney. Do widzenia.
- Do widzenia, dziękuję.
Ruby rytmicznym krokiem dotarła do budynku, gdzie miała mieszkać przez następne 10 miesięcy. Dotarła do drzwi z numerem 43. Włożyła kluczyk do zamka i zorientowała się, że nie może go przekręcić. Nagle klamka samoczynnie opuściła się do dołu, a drzwi energicznie otworzyły się. W przejściu stała dziewczyna o jasnych włosach splecionych w dziesiątki cieniutkich warkoczyków związanych w kucyka nad karkiem. Ubrana była w wojskowe luźne spodnie na szelki i czarną koszulkę na ramiączka. I do tego wszystkiego doszedł jeszcze kolczyk w nosie w kształcie pacyfy.
- Lulu, lokatorka! Cześć, Sonya jestem. Sonya Flamelus.
- Ruby!
- Lulu! Hejo! - wesoło przedstawiła się skośnooka brunetka. Oczy wymalowane jak na imprezę a usta wyglądały jakby były sztuczne. Ale mimo wszystko dziewczyna sprawiała miłe wrażenie. Biała koszula, jeansowa kamizelka, czerwone rurki i szpilki- ciekawa stylizacja!
- Znajdzie się dla mnie jeszcze jakieś miejsce?
- No pewnie, Ruti! - odpowiedziała Lulu Boney.
- Yhm.. Ruby!
- Ou! Sorki!
- Nie no, spoko.
- Ja śpię w rogu, Lulu tutaj, a dla ciebie zostało łóżko tutaj. - oznajmiła Sonya.
- Moim zdaniem to została najlepsza miejscówka. Dzięki.
- Spoko. Każda ma swoją szafkę, a ta duża szafa jest wspólna. Łazienka jest całkiem schludna, a kolejność to uważam, że ustali się.. Że w ogóle się nie ustali, tylko tak różnie. Pasuje?
- No pewnie!
- Ehem.
Ruby trochę z krępacją ustawiała własne rzeczy w pokoju. Ściany czyste, pomalowane na żółto, tapczany solidne, szafki niezniszczone a łazienka niczym cud. Gdy skończyła się rozpakowywać rozejrzała się po drugiej części pomieszczenia. Kąt Lulu wyglądał jak stragan na chińskich ulicach, zaś obszar Sonyi wyglądał smutno i surowo. Po 20 minutach milczenia Lulu włączyła jakieś disco polowe granie i zaczęła się śmiać. Sonya przybrała nagle wyraz twarzy, który sam za siebie wyglądał jak jedno przekleństwo. A Ruby zaś wstała, przeprosiła koleżanki i wyszła na zwiedzanie uczelni.
Gdzieś przy ogrodzeniu Ruby znalazła mizerną ławeczkę. Usiadła na niej i spokojnym okiem się rozejrzała. Ładnie tam było- wysokie żywopłoty, kolorowe kwiaty i krzewy owocowe. Coś w stylu altanki, bo była tam (nieco zarośnięta winogronami) nieduża drewniana konstrukcja. Na belkach były wyznania miłosne, numery telefonów i inne pierdoły. Włożyła słuchawki do uszu, zamknęła oczy i cieszyła się z zmiany jaką była dla niej nowa szkoła.
Powiał ostry, zimny wiatr i dziewczynie zrobiło się nieprzyjemnie chłodno. Przecisnęła się przez krzaki i dotarła na parking tuż przy szkole. Pokręciła się nieco po placu, by dojrzeć budynek internatu. Jednak to był nie lada problem. Wyszła inną drogą niż weszła, a nie znała terytorium dosyć dobrze.
- Przepraszam, jestem tu nowa i się pogubiłam. W którą stronę do internatu? - podeszła zawstydzona do wysokiego blondyna o pogodnym wyrazie twarzy.
- W tamtą stronę. Jak skręcisz w lewo to już zauważysz budynek.
- Aha, dzięki.
Jak jej poradzono, tak zrobiła. Poszła prosto, a po 50 metrach skręciła w lewo i rzeczywiście- budynek był niczym czarno na białym. Poczuła się trochę jak idiotka.. Weszła do budynku, pokazała kartę i powędrowała na górne piętro. Zmierzała ku drzwiom pokoju, od którego już z końca korytarza dobiegała głośna muzyka i nieprzerwane śmiechy. Przyspieszyła kroku, bo co to za impreza bez Ruby Rifat?
Budynek uczelni był okazały, starannie pokryty kremową farbą, z ogromnymi dębowymi drzwiami i szerokimi oknami, przykryty masywnym dachem. Wokół zadbane drzewa, krzewy i chodniki. Po prawej stronie zaś dwupoziomowy internat z ponad 150 pokojami trzyosobowymi. Parter należy do chłopaków, a wyżej zamieszkują dziewczyny.
- Dzień dobry. Moje nazwisko Ruby Rifat. - Do biurka recepcjonistki podeszła szczupła dziewczyna w czarnych szortach, jasnopomarańczowej bluzce z rękawami typu 'nietoperz' i zielonych pomazanych markerem trampkach. Jej rude loki, z którymi kontrastowała biała przepaska, opadały swobodnie na ramiona. Jasna cera uwydatniała jej słodkie, delikatnie piegi i szare oczy.
- Witam. Poproszę o kwit ze szkoły.
- Proszę.
- Hm.. Pierwszy rok?
- Tak.
- Dobrze, oddaję kwit. Teraz zapukaj i wejdź do tamtej sali, numer 12b.
- Aha, ale o co mam poprosić?
- Tam ci pani wszystko wytłumaczy.
- Dziękuję.
- [puk;puk] Proszę!
- Dzień dobry. Moje nazwisko Ruby Rifat. Jestem na pierwszym roku..
- Aha! No witam, witam! Kartę ucznia musisz sobie założyć. Usiądź.
- Mam wypełnić jakiś formularz?
- Nie. Powtórz nazwisko, imię i wydział.
- Rifat.. Ruby.. Fotografia..
- [wpisuje do komputera] Proszę, oto twoja karta. Nie masz prawa tego zgubić! Zawsze miej przy sobie.
- Dobrze.
- A tutaj proszę twój klucz do pokoju. Mieszkasz na korytarzu C w pokoju nr 43 z.. Sonya Flamelus oraz Lulu Boney. Do widzenia.
- Do widzenia, dziękuję.
Ruby rytmicznym krokiem dotarła do budynku, gdzie miała mieszkać przez następne 10 miesięcy. Dotarła do drzwi z numerem 43. Włożyła kluczyk do zamka i zorientowała się, że nie może go przekręcić. Nagle klamka samoczynnie opuściła się do dołu, a drzwi energicznie otworzyły się. W przejściu stała dziewczyna o jasnych włosach splecionych w dziesiątki cieniutkich warkoczyków związanych w kucyka nad karkiem. Ubrana była w wojskowe luźne spodnie na szelki i czarną koszulkę na ramiączka. I do tego wszystkiego doszedł jeszcze kolczyk w nosie w kształcie pacyfy.
- Lulu, lokatorka! Cześć, Sonya jestem. Sonya Flamelus.
- Ruby!
- Lulu! Hejo! - wesoło przedstawiła się skośnooka brunetka. Oczy wymalowane jak na imprezę a usta wyglądały jakby były sztuczne. Ale mimo wszystko dziewczyna sprawiała miłe wrażenie. Biała koszula, jeansowa kamizelka, czerwone rurki i szpilki- ciekawa stylizacja!
- Znajdzie się dla mnie jeszcze jakieś miejsce?
- No pewnie, Ruti! - odpowiedziała Lulu Boney.
- Yhm.. Ruby!
- Ou! Sorki!
- Nie no, spoko.
- Ja śpię w rogu, Lulu tutaj, a dla ciebie zostało łóżko tutaj. - oznajmiła Sonya.
- Moim zdaniem to została najlepsza miejscówka. Dzięki.
- Spoko. Każda ma swoją szafkę, a ta duża szafa jest wspólna. Łazienka jest całkiem schludna, a kolejność to uważam, że ustali się.. Że w ogóle się nie ustali, tylko tak różnie. Pasuje?
- No pewnie!
- Ehem.
Ruby trochę z krępacją ustawiała własne rzeczy w pokoju. Ściany czyste, pomalowane na żółto, tapczany solidne, szafki niezniszczone a łazienka niczym cud. Gdy skończyła się rozpakowywać rozejrzała się po drugiej części pomieszczenia. Kąt Lulu wyglądał jak stragan na chińskich ulicach, zaś obszar Sonyi wyglądał smutno i surowo. Po 20 minutach milczenia Lulu włączyła jakieś disco polowe granie i zaczęła się śmiać. Sonya przybrała nagle wyraz twarzy, który sam za siebie wyglądał jak jedno przekleństwo. A Ruby zaś wstała, przeprosiła koleżanki i wyszła na zwiedzanie uczelni.
Gdzieś przy ogrodzeniu Ruby znalazła mizerną ławeczkę. Usiadła na niej i spokojnym okiem się rozejrzała. Ładnie tam było- wysokie żywopłoty, kolorowe kwiaty i krzewy owocowe. Coś w stylu altanki, bo była tam (nieco zarośnięta winogronami) nieduża drewniana konstrukcja. Na belkach były wyznania miłosne, numery telefonów i inne pierdoły. Włożyła słuchawki do uszu, zamknęła oczy i cieszyła się z zmiany jaką była dla niej nowa szkoła.
Powiał ostry, zimny wiatr i dziewczynie zrobiło się nieprzyjemnie chłodno. Przecisnęła się przez krzaki i dotarła na parking tuż przy szkole. Pokręciła się nieco po placu, by dojrzeć budynek internatu. Jednak to był nie lada problem. Wyszła inną drogą niż weszła, a nie znała terytorium dosyć dobrze.
- Przepraszam, jestem tu nowa i się pogubiłam. W którą stronę do internatu? - podeszła zawstydzona do wysokiego blondyna o pogodnym wyrazie twarzy.
- W tamtą stronę. Jak skręcisz w lewo to już zauważysz budynek.
- Aha, dzięki.
Jak jej poradzono, tak zrobiła. Poszła prosto, a po 50 metrach skręciła w lewo i rzeczywiście- budynek był niczym czarno na białym. Poczuła się trochę jak idiotka.. Weszła do budynku, pokazała kartę i powędrowała na górne piętro. Zmierzała ku drzwiom pokoju, od którego już z końca korytarza dobiegała głośna muzyka i nieprzerwane śmiechy. Przyspieszyła kroku, bo co to za impreza bez Ruby Rifat?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz